Byłam, doświadczyłam i bardzo mi się spodobało. Początkowo sceptycznie podeszłam do pomysłu uczestnictwa w tej bez wątpienia ekstremalnej zabawie, z powodów oczywistych dla każdej kobiety. Głównym takim moim odstraszaczem, którego obraz miałam w wyobraźni był pająk.
Arachnofobia towarzyszy mi od zawsze i często mnie zniechęca do bliższego kontaktu z naturą. Jednak moje ego nie pozwoliło mi się tak po prostu poddać, okazując słabość kobiecej natury przed silnymi mężczyznami.
Jestem delikatną, wrażliwą kobietą, przeciwną jakimkolwiek formom przemocy, a broń w moim mniemaniu to całkiem niepotrzebny wynalazek ludzkości.
Fakt, że odbiegam rozmiarowo od przeciętnych kobiet, sprawił, że miałam wielkie trudności z doborem odpowiedniego ubrania. Nawet maska, zmniejszona do miniumum wciąż spadała mi z twarzy.
Mimo wszelkich niedogodności, ubrana w dużo za duże moro i z obowiązkowym markerem w dłoni, wyruszyłam na wojnę z własnymi koszmarami.
Upał był niemiłosierny. Pod kombinezonem tylko stringi i całe szczęście, bo chociaż nie przyklejały się do pośladków, jak to zwykły czynić inne majtki.
Początkowo nie wczułam się w rolę. Starałam się raczej uniknąć razów niż walczyć, ale szybko połknęłam bakcyla i poczułam się jak na prawdziwej wojnie. Sama nie mogę wprost uwierzyć, że czołgałam się między krzakami ze świadomością, że wszędzie czają się pająki i węże. Zakamuflowana, w pozycji leżącej namierzałam potencjalnego wroga. W tej zabawie najlepsze jest to, że maska paruje i nic tak naprawdę przez nią nie widać. Jedyne wyJście, to zdać się na zmysł słuchu. 
Dostałam dwa razy. Po pierwszym troszkę się przeraziłam i nawet chciałam się wycofać, ale nie było tak źle. Bardziej się przestraszyłam niż zabolało. Szybko się pozbierałam i na oślep strzelałam w kierunku, z którego nadleciał pocisk. Nawet nie wiem czy kogoś trafiłam, ale wystrzelałam cały magazynek. Byłam z siebie bardzo dumna. Najbardziej z faktu, że dałam radę. W przyszłości zamierzam to powtórzyć. Świetna zabawa.