Mój maż jest wielbicielem tych grzybów i jak co roku nachodzi Go ochota na ten specjał obsmażony na patelni w bułce tartej. Twierdzi, że to lepsze niż schabowy. Cóż, ja mam inne zdanie, ale każde podniebienie lubi co innego.
Wybieramy się zatem do lasu, pełni nadziei na udany zbiór, a okazuje się, że nie jest to takie łatwe, że to szukanie igły w stogu siana. Maż mi wtedy opowiada jak to było kiedyś….że niby całe lasy i pola zasiane były tymi cud kapeluszami.
Te czasy jednak minęły bezpowrotnie i nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z tym faktem lub wybrać się do lasów naszych zachodnich sąsiadów.
Cała nasza leśna wyprawa zakończyła się znalezieniem aż pięciu kań. Maż zadowolony zjadł je wszystkie ze smakiem.
Ja nie uczestniczyłam w tym zbieractwie i zajęłam się fotografowaniem zachodu słońca. Oto efekt mojej pracy:






